#20 ZŁOTY FRANCISZEK

Czas był to niezwykły, godzin trzy i trzydzieści,
Krótka noc, dzień długi, wszystko to pomieści.
Święty Franciszek wita swym mostem stalowym,
Golden Gate’em, nie złotym, lecz całym czerwonym.

Przed nim we mgle zaś migocze wyspa tajemnicza,
Alcatraz dziś już ostro, więźniów nie rozlicza.
Przez chwilę Indianie walczyli tam o swoje,
Gringo „okupantów” ostudzili nastroje.

Czas poznać to miasto, a uliczki jak w górach
Całe wystrojone są w wiktoriańskich murach.
Bez starego tramwaju nie ruszaj pod górę,
Bo nóżki twe dostaną zdrowo w swoją skórę.

San Francisco potrafi łatwo oczarować,
Chce się wnet tu wracać, na nowo go smakować.
Ruszamy raniutko, jet lag lepszy niż budzik,
Przed nami park Yosemite — niemały to trudzik.

El Capitan dumnie strzeże wejścia doliny,
Trek pod wodospad Vernal, zmęczone są miny.
Widok na miejscu natychmiast poprawia humor,
Piękny, tęczowy gigant robi taki rumor,
Że w pamięci zostanie naszej tu na zawsze,
Księżycowy Half Dome koniec nam okrasze.
Park pierwszy za nami, kolejny ustawiamy,
Śmierci to Dolina, w jej kierunku zmierzamy.

Zanim to, z przygodami śpimy u Mamuta,
Bak zalany, wody zapas, ruszamy z buta.
W sensie szybko i autem, bo droga daleka,
Pustynia, skwar, depresja już tu na nas czeka.
Fahrenheit, gdyby sam tych upałów doświadczył,
Patrząc na swoją skalę, czoło by przymarszczył.
Co by martwym nie zostać, jedź Ścieżką Artystów,
Chwila poza autem jest tylko dla sadystów.
Droga kręta kanionami stąd wyprowadzi,
Kierunek na Las Vegas obrać, nie „Nevadzi”.
Tam już Pałac Cezara czeka w swej pełnej krasie,
W magicznym kasynie niejeden zgubić da się.

Villa tam jak w „Kac Vegas”, kusi minibarkiem,
A spacer po Strip Street cały czas z zegarkiem,
By w Bellagio przy fontannie podczas pokazu
Dodać foty na IG, selfie do obrazu.

Noc krótka, Black Jack portfel leciutko osuszył,
By klient o poranku na basen wyruszył.
Cezar, Neptun, Apollo ruchem tu kierują,
Czas mija wnet, a polskie dziewczyny brylują.

Ruszamy dalej przed siebie, przygoda woła,
Ups, outlecik i zniknęły kolejne koła.
Również te od Mazdy, co zaliczyła przegląd,
Czas ruszać już do Zion, co ma cudny wygląd.
Tam czeka wąwóz cały skąpany w czerwieni,
W kolorach słońca wszystko tak tutaj się mieni.
Nagle bród przed nami, a dno pełne kamieni,
Bosa stopa Polaka brnie, nic to nie zmieni.

Nagrodą widoki takie, że dech zapiera,
Nic dziwnego, że tłum tę okolicę wybiera.
Na koniec żegna jelonek u wrót kanionu,
Nazwa nieprzypadkowo pochodzi od Syjonu.

Serpentynami, tunelem, krainą jak z bajki
Ruszamy na wschód zobaczyć, jak palili fajki.
Indianie Navajo na dzikim tym zachodzie,
Monument Valley zjedziemy tu w samochodzie.
Jest! Znalazł się widok, wyrywa nas z pojazdu,
Nikt dziś nie żałuje długich godzin dojazdu.
Miejsce magiczne, ostańce całe w czerwieni,
Filmowi kowboje dlatego oniemieli.

Zachód słońca, nawet lekko pod chmurą skryty,
Nie powstrzyma niekończące się nam zachwyty.
Nasza kabina top over the top się kłania,
Zachodu i wschodu słońca nic tu nie przesłania.

O poranku bieganko drogą asfaltową,
Forresta Gumpa przykłady tu nam pomogą.
Czas ruszać nad Kanion i to nie byle jaki,
Krater jak marsjański, myślę, że chyba taki.

Jest i on, widoki z wiatrem beret zrywają,
Przepaść bez dna, fotki końca nie mają.
Lecz nie mają szansy z tym, co widać na żywo,
Pamięć jak dysk twardy to jedyne tworzywo,

Co jest w stanie nam przenieść tutejsze wspomnienie
I widziane na koniec przydrożne jelenie.
Dwie godzinki przed nami, celujemy w Target,
Skręt w Magdalene: „iPhone, can I get?”
Nie ma, szkoda. Sedona już nas miło wita,
Kolejny dzień za nami, czas leci z kopyta.
A w miasteczku Autek atrakcje są ciekawe,
Są uduchowione — czy zobaczymy tu zjawę?
Już Wzgórze Mocy staje przed nami otworem,
Jest i Kościół w skale, co pokoju motorem.
Czas szybko tutaj leci, Route 66 wzywa,
Stara droga — jednak tak bywa urokliwa.

Że aż się prosi zjeść obiad urodzinowy,
My lovely girls zadbały o sto lat grupowy.
Zachód słońca bliski, droga kręci wzdłuż torów,
Stare stacje, auta w większości bez motorów.
Noc krótka, czas ruszać, Miasto Aniołów wzywa,
Czy Rafał ma rację i ono nie porywa?
Zdania są na ten temat mocno podzielone,
Nawet gdy Hollywood Boulevard dobrze oświetlone.

Coś się nie spina, bo gwiazdy na ziemi leżą,
Elvisa, Michaela, Dolly, funi tu bieżą.
My też przybieżeli, jak ci pasterze,
Z głośnika na rogu dużo słychać o wierze.
Damy szansę jutro Los Angeles na nowo,
By oczarować, pokazać nam to i owo.
I pokazało — Downtown to dwa różne światy:
Ten biedny, bezdomny i ten bardzo bogaty.

Za to na wzgórzach Beverly świat nierealny,
Luksus, a na Rodeo koń to sklep banalny.
Czas goni, a Park Griffitha z zachodem czeka,
Autobus, Uber, bieg — bo słońce nie zaczeka.

Jest, czeka na nas piękne, całe w swojej krasie,
Na szczycie znak Hollywood dojrzeć tutaj da się.
Obserwatorium dziś zamknęło swoje wrota,
W miejsce „La La Landu” wrócimy, nie dziwota
.Noc ciemna, a droga do hotelu daleka,
Nim dotrzemy, wyprzedaż za 5$ nas czeka.
Czapki, bluzy, magnesy, na koniec tablica,
Emocji co niemiara, uśmiechnięte lica.

Pobudka wczesna, bo studio już uniwersalne,
Cokolwiek tam nie zrobimy, będzie zabawne.
Święta Monika już czeka ze swym molem sławnym,
Route 66 kończy się tu znakiem poważnym.
My sprytnie tak zboczku mijamy kolejki milę.
Jeszcze szybkie Faithas, rzut oka na LA,
Długo nie zapomnimy świetnej przygody tej.
Pod którym tłum turystów uwiecznić chce tę chwilę,

Chwila odpoczynku na plaży Santa Monica,
Do Venice jedziemy jak Waymo, jak się wyklika.
Czy spotkamy tu Barbie, a może jej Kena?
Aby żyć w tej bajce, wysoka za to cena.

Ruszamy, najpierw rowerem od metra anielskiego,
Waymo czeka, ale czy uczyli go polskiego?
Zagadał aż miło i ruszył hen przed siebie,
Nie patrząc na boki, do przodu czy za siebie.
My się nie boimy, choć jest ciężko uwierzyć,
Że bez kierowcy z trasą uda mu się zmierzyć.
Tak oto w science fiction gładko wstąpiliśmy,
Świadkami jesteśmy tego, co w filmach widzieliśmy.

Dzień kolejny przed nami i stąd już ruszamy,
Aby drzewa podziwiać, szerokie u podstawy.
Sherman od wieków pilnuje tutaj porządku,
By sekwoje spokojnie rosły w tym zakątku.

Spokój zakłócany przez pożary i ludzi,
Wszystko to dlatego, że tutaj się nie nudzi.
Auto pod drzewem jedzie — to tu jest normalne,
Generał przed Jezusem, co niewyobrażalne.
Drogi łatwo mylić, zwłaszcza jak sieci nie ma,
Wpaść na niedźwiedzia łatwo — a to wielka trema.
Wnet skończy się nam wacha, zbiornik zerem pachnie,
Chyba że stara stacja grawitacją machnie.

Pod 100 lat już leją, podróżnych uratują,
Potem In-N-Out, shopping dziewczyny wariują.
Od rana znów na szlaku w kierunku wybrzeża,
Nasz Chrysler z trudem dzisiejsze wzgórza przemierza.

Wreszcie Santa Cruz, latarnia z mekką surferów,
Ocean niespokojny, za mało spacerów spacerów.
Ruszamy starą jedynką w stronę San Francisco,
Droga kręta, co chwilę urwiska bardzo blisko.

Rzut oka przed odlotem na most cały ze stali,
Golden Gate jest symbolem widocznym z oddali.
My przyszliśmy blisko, by na koniec podróży
Tu łatwo wspomnienia w pamięci zanurzyć.

.

.
